czwartek, 9 lipca 2015

Sztos, wcale nie taki sztos.

Słyszałam same ochy i achy, więc i mi się zachwiało podjarać dobrą pizzą. W jakim ja byłam błędzie... to tylko ja sama wiem :( Szkoda mi trochę, bo ogólnie miejsce ma mega potencjał! Wizualnie wszystko jak najbardziej tak. W sumie mogłabym tam siedzieć długie chwile, gdybym dostała pyszną pizzę i kawę ;) no ale nie będę Wam mówić o pysznej pizzy, bo jej nie dostałam. Smutek. I to bardzo. No dobra, są kubki smakowe i kubki smakowe. Jedni są zachwyceni, inni zjedli, pouśmiechali się i poszli. Nie wrócą. Ja wrócę. Może mi się odmieni. Albo też zadowolę się tym, co dają. Chociaż nie sądzę. 
Dobra. Może od początku. 


Udało mi się dostać na Żurawią 19. Pomijam fakt, że zgubiłam się na odcinku Dąbrowskiego 77 a Żurawią :D Z daleka można zauważyć wieeelki szyld, który woła Cię byś wpadł na chwilę ;) Zawołał, przyszłam i zostałam chwilę. 
Miejsca w środku bardzo mało. W sumie spoko, bo przecież przychodzisz na kawałek pizzy. Ma to sens :) Do wyboru, na małej tablicy (wszystko mają małe, ale stołki, by usiąść są wysokie :D chyba zrobili to specjalnie :D), masz kilka pozycji plus dwie dodatkowo, które zmieniają się chyba co tydzień, jeśli dobrze pamiętam. Wszystkie kawałki masz za 8 złotych. Cena za kawałek chyba rozsądna, bo jednak dostajesz sporą porcję. Na szybko, na średni głód całkiem OK.  


Gdy już wybierzesz opcję dla siebie, przemiły Pan ogarnie kawałek serem (ciasto już uprzednio jest podpieczone z sosem) i wrzuci do pieca. Później układa Twoje dodatki i całość posypuje parmezanem. Plus duży za ser! Kapary, które uwielbiam, były ledwo wyczuwalne. Chyba udało mi się natrafić na nie może ze trzy razy?! Nie no, smutno mi, że miejsce które ma potencjał, dało mi się zapamiętać jako miejsce do którego niekoniecznie chcę wrócić. Zjadłam swój kawałek zapakowany na wynos w lokalu obok. W Tłoku. Smak zapomniałam po ostatnim kęsie. Dam drugą szansę temu miejscu, bo skradło moje hipsterskie serce na samym wejściu. Może wrócę ze smakiem do domu albo zapomnę po drodze. Zobaczymy :)




wtorek, 7 lipca 2015

Domowe lody truskawkowe.

Bloga zapuściłam tak bardzo, jak moją wagę, która olaboga idzie cały czas w górę :D
Skoro mamy lato i jest GORĄCO, to może przepis na domowe lody, co? Pewnie, że tak!
Pomijając wstęp, bo tutaj nic nie trzeba dodawać, przechodzimy do potrzebnych składników i zabieramy się za robotę! :D



Potrzebujemy:

3/4 opakowania śmietanki 18%
4 łyżki cukru pudru
80g jogurtu greckiego
dowolna ilość truskawek (część miksujemy, kilka kroimi w małą kostkę)




Śmietankę łączymy z cukrem pudrem i przez chwilę gotujemy na palniku. Odstawiamy na moment, do ostygnięcia :) Truskawki miksujemy. Do naszej papki dodajemy jogurt grecki i dokładnie mieszamy. Dorzucamy zmiksowane truskawki i gdy wszystko nam się ładnie połączy, przelewamy do foremek. Uprzednio, na dnie każdej, wrzucamy pokrojone owoce i dopiero wtedy zalewamy! Zaklejamy patyczkami i do lodówki na... nie wiem, 5 godzin minimum! Później nie pozostaje nam nic innego jak jeść lody dla ochłody :)




piątek, 5 czerwca 2015

Podsumowanie maja w obrazkach.

Zrobiłam sobie dość duże zaległości, ale odkopuje się i ruszam w nowym miesiącu z przytupem! Teraz obrazki, które podsumują najlepiej maj, który mamy za sobą ;)



Czerlejno. Widok z ogrodu. Na pola!

Od lewej: z Maminą na Majówce w Starym Browarze. Odkrycie maja, czyli szczaw! Koncert Odesza w SQ (wejściówki zdobyte kilka godzin przed koncertem! YOLO). Brzeg WSCHODNI, czyli nowa miejsówki nad Wartą. 


Mamina z kubolem na Dzień Matki ;)




Od lewej: Wrocniecka 17, czyli moja ulubiona lodziarnia! Drugie spotkanie #swarmfood, które kręci się wokół dobrego jedzenia i social media (ogarniam z moją imienniczką <3). Białe kwaśne, czyli smaki dzieciństwa autorstwa mojej Izy. Noc Muzeów. Lejzi dej na wsi, czyli dobra kawa podawna nawet na balkonie. Maj, czyli maleństwowe imieniny.

Życzę sobie, by czerwiec był równie dobry, co maj! <3 Tego samego i Wam życzę! ;))

czwartek, 4 czerwca 2015

Raz, dwa, trzy, dziś risotto robisz Ty! ;)

Zabierałam się za napisanie posta jak sójka za morze, która wybrać się nie może ;) Wypisz wymaluj to ja! Sądziłam, że jak pojadę do Mamy, nadrobię zaległości... Taaaa nie mam pojęcia, dlaczego tak myślałam :D Ale jak zawsze, mój tok myślenia okazał się mylny! Ręce mi opadają na samą siebie i tyle Wam powiem :D 
Biorę się za siebie i wcale nie mam na myśli tego, że zacznę biegać czy coś :D never ever! Ja? Słyszę ten śmiech na sali ;) 
Czas na przepis na risotto! ;)




Potrzebujemy:

1/2 czerwonej papryki
1 mała cebula
1 pomidor
4 brukselki (opcjonalnie)
2 ząbki czosnku
1 saszetka ryżu
0,75 ml bulionu
3 łyżki oliwy z oliwek
pieprz
ulubione zioła


Czyli co? Zaczynamy od wywaru, by później na spokojnie móc "podlewać" nasz obiad ;) Teraz możemy się spokojnie zabierać za krojenie w kostkę naszych warzyw. Jeśli wybierasz brukselkę (przepis ogarniałam, gdy był sezon), proponuję pokroić na cztery części. W zupełności wystarczy ;)


Oliwę z oliwek rozgrzewamy, by następnie dodać pokrojoną cebulę, by odrobinę ją zrumienić. Następnie wrzucamy paprykę i pomidora. Chwilę podsmażamy i wrzucamy surowy ryż na patelnię. Teraz jest czas na przeciśnięty przez praskę czosnek. No i po jakiś 2 minutach dodajemy pierwszą chochlę bulionu. Chwilę pohałasuje zawartość patelni, byśmy w końcu mogli dodawać kolejne chochle. W międzyczasie wrzucamy brukselkę, o ile ją użyliśmy ;) Dodajmy kolejną część bulionu w momencie, gdy poprzednia została wchłonięta przez ryż. Na samym finiszu, doprawiamy do smaku naszymi ulubionymi przyprawamy (bez soli). Opcjonalnie ścieramy parmezan i siekamy natkę pietruszki dla przystrojenia gotowca na talerzu ;) No i co? Chuba koniec ;)
Boszzz głodna się zrobiłam! Idę do kuchni ;)





niedziela, 12 kwietnia 2015

Tuńczyk na polanie.

Zaniemówiłam prawie na 3 tygodnie, ale wracam ;) 
Znowu ten zielony w poście! Czekam aż zacznę mieć zielone sny :D Serio! Chociaż moge nawet rzec, że chyba już coś mi się zielonego śniło!
Dzisiaj oprócz zielonej sałaty, mamy też zielone kiełki ;) Bo chyba gdyby tuńczył był zielony, byłoby coś nie tak :D taka mała uwaga. 
Dzielnie trzymam się diety i... jeszcze daję radę ;) Codziennie rano na śniadanie zielony koktajl. Codziennie w porze obiadowej porcja zdrowego jedzenia. Codziennie wieczorem kanapka nie później niż o 20:00. No a do filmu przygryzam owoce. Do tej pory były to chipsy :D Trzymam się dzielnie i nie mam zamiaru pękać! :D Maleństwo?! W życiu, nigdy!


Potrzebujemy:

3 łyzki majonezu
1 łyżeczka musztardy
2 łyżeczki soku z cytryny
soł
pieprz
szczypta chilli
puszka tuńczyka (w sumie wykorzystałam 3/4)
garść kiełków (kupiłam słonecznikowe)
małą garść makaronu (patrzę na swoją dłoń i garść będzie spoko)
połowę opakowania mixa sałatowego


Makaron gotujemy według przepisu na opakowaniu. 
Zabieramy się w międzyczasie za sos, czyli mieszamy majonez z musztardą, doprawiamy do smaku i dodajemy sok z cytryny. Bach, wszystko razem dokładnie mieszamy. Odkładamy do przegryzienia się smaków ;)
Teraz czas na odcedzenie tuńczyka. Tylko ostrożnie, by ryba została w puszce a nie w zlewie :D Bo tak też można (#sprawdzoneinfo :D).




Teraz kolejno wrzucamy do miski: sałata - makaron - sos - tuńczyk. Dobra, dobra! Wiem, że nie zachęca, ale wierzcie, będzie smacznie! ;)
Teraz wszystko dokładnie mieszamy i przekłądamy na głęboki talerz. Teraz posypujemy startym serem i na końcu, dekorujemy sałatkę kiełkami. To co, smacznego! ;)


Dobrej niedzieli! :)



czwartek, 19 marca 2015

Pan Pietruszka i Pan Orkisz.

Zwariowałam! Serio. Znowu coś zielonego na Maleństwowej Wildzie ;)
Dzisiaj swój debiut zalicza pietruszkowe pesto. W sensie na blogu! 
Wspominam o nim często na Facebooku i na Instagramie, więc pora o tym napisać a nie tylko zdjęcia i zdjęcia ;)
Czyli co, zabieramy się za obiad?! ;)


Potrzebujemy:

pęczek natki pietruszki
łyżka łuskanego słonecznika
1/2 małej papryczki chilli
łyżka starego sera
2 ząbki czosnku
7 łyżek oliwy z oliwek 
płaska łyżeczka cukru
sól
pieprz
porcję makaronu orkiszowego (kupiłam tutaj)



Najprościej na świecie, powielamy czynności z jarmużowego przepisu... czyli:
natkę pietruszki płuczemy, osuszamy papierowym ręcznikiem i wrzucamy do blendowania. Bach! Słonecznik chwilę prażymy na rozgrzanej patelni, by później dodać go do zielonej naci. Czosnek obieramy, kroimy na mniejsze cześci. Papryczkę wrzucamy "ot tak". Najlepiej pokroić ją drobniej nożyczkami... wolę robić to tak, bo mam tendencję do wkładania paluchów do oka i później masz babo placek -_- ała! Dobra, teraz czas na starty ser i oliwę z oliwek. Noooo! Rzecz jasna na samiutkim końcu przyprawiamy i dodajemy sok z cytryny! Takie ważne a jeszcze bym zapomniała :( Starośc i skleroza. Tyle zła!
Teraz ten przyjemny czas, bo blendujemy do uzyskania prawidłowej konsystencji ;)
Gotujemy makaron al dente, łączymy z pesto. Posypujemy serem, natką pietruszki i... obiad gotowy ;)
Kolejny zielony dzień zaliczony! :)




Miłego! :)

środa, 18 marca 2015

Zielone poranki.

Wymyśliłam sobie nowe postanowienie, które wypełniam od wczoraj :D Wiem, wiem... to bardzo długo, ale dobrze wróży ;) Mianowicie, planuję codziennie rano rozpoczynac dzień od zdrowego koktajlu. Wiem, że później zapiję to kawą, ale chociaż wstęp do całęgo dnia będzie na plus!
W ogóle ogarnęłam, że w tym tygodniu nakręciłam się na zielone posiłki. Czyli idąc dalej tym tropem, spodziewajcie się na dniach przepisu na pesto pietruszkowe! ;) Własnie patrzę na pusty talerz :( Był tam dopiero co, makaron orkiszowy z zielonym pesto. Było było i się zmyło... 
Dobra! Teraz czas na usmiech na twarzy a nie smutki, bo one sa bez sensu! Rzekłam ja! O! :D


Potrzebujemy na raz:

banan
ulubione jabłko
garść jarmużu
kilka łodyżek natki pietruszki
3 daktyle (opcjonalnie można zamienić z łyżką miodu)
łyżeczka soku z cytryny
mleko (w zależności, czy chcecie bardziej lub mniej gęstą papkę)



Daktyle uprzednio moczymy w wodzie (niech popluskają się tak do 30 minut, dobrze im to zrobi). Z jarmużu wycinamy łodygę, która nie należy do najsmaczniejszych. Jabłko i banan zostaje pokrojone nieco drobniej, bo przecież wiadomo, że łatwiej będzie nam blendować ;) Pietruszkę siekamy. Wszystko wrzucamy do pojemnika, zalewamy mlekiem, dodajemy sok z cytryny i... bziuuuum! 


Teraz przelawamy w bardziej wygodniejszy pojemnik pitny, szukamy słomki i... chlup w ten dziób ;)



Na zdrowie! ;)


poniedziałek, 16 marca 2015

Jarmużowelove.

Jarmuż. Wzbraniałam się od niego bardzo długo. Pogardliwie spoglądałam na niego w dyskontach spożywczych, do pewnego momentu... Musiałam wybrać się do Łodzi i dać się karmić takiej jednej ;) Po powrocie do Poznania, kupiłam po raz pierwszy, z własnej nieprzymuszonej woli JARMUŻ! No i tak mam do dzisiaj, czyli... niech spojrzę w kalendarz... od czterech miesięcy ;) 
Były już kanapki z jarmużem, teraz czas na pesto, które jest ostatnio moim faworytem, jeśli chodzi o dodatek do makaronu. W sumie pesto można zrobić ze wszystkiego, ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. Tak jest! ;) 
Jakiś czas temu próbowałam odtworzyć smak pietruszkowego, który znalazłam w CudMiódBox, ale o tym w innym wpisie ;) Dzisiaj króluje inny zielony ;)



Potrzebujemy:

sporą garść jarmużu (no dobra, dwie garście)
łyżka łuskanego słonecznika
3-4 łyżki oliwy z oliwek (zawsze dodaje jeszcze jedną łyżkę podczas blendowania)
szczypta chilli
ząbek czosnku
sól
pieprz

Jarmuż płuczemy, osuszamy i kroimy w mniejsze paski. Później wrzucamy do blendera. Słonecznik uprzednio chwilę prażymy na patelni. W międzyczasie obieramy i kroimy czosnek. No i teraz możemy do jarmużu dodać wszystkie, ale to wszystkie składniki. Ostrożnie z chilli :D Zawsze dodam jej za dużo a później zionę ogniem! #potwierdzoneinfo
Włączamy nasz diabelski wynalazek i blendujemy do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Później wystarczy przełożyć do słoiczka i wykorzystać podczas obiadu ;)
Tyle roboty! Więcej jej będzieci mieli, myjąc naczynia -_- Tak tak, zgadliście, KOCHAM zmywać naczynia ;)

Miłego!

czwartek, 5 marca 2015

Pierwsze, w maleństwowej "karierze" podsumowanie miesiąca ;)

Wiem, wiem, że już piąty dzień nowego miesiąca, ale jakoś nie miałam dłuuuższej chwili, by nakreślić kilka/kilkanaście słów (niepotrzebne skreślić ;)). Teraz się lenię z winem i Wami ;) Ewentualnie taki wieczór mi się podoba! No dobra, nie pogardziłabym jakimś przystojniakiem, który zmywałby naczynia, bo właśnie zerkam w stronę kuchni i widzę te naczynia nazbierane podczas robienia obiadu :( Niebawem znowu będę głodna a naczynia dalej brudne... Bez sensu. 
No ale mniejsza z tym! Postanowiłam opublikować podsumowanie lutego. Naaaajdłuższego miesiąca w roku ;) Suchar to mi się udał :D W najmniejszym skrócie świata, wyglądał on tak...







Jak widać na załączonych obrazkach, luty to jedzenie, Mama Iza, kawa, selfie i Keris ;) Zobaczymy za 26 dni, jak minie marzec ;)