środa, 25 lutego 2015

Zupa z soczewicą, pomidorami i papryką.

Do czego to doszło, że znowu zupa na maleństwowym blogu?! Wszystkiemu winna wizyta w Drukarni! Serio! No ale o niej już było, teraz (jak zwykle) o mnie ;) I czasami o gotowaniu. Czaaasami ;)
Soczewica, pomidory, papryka. Składniki, które z reguły każdy lubi. Chociaż nie powiem, ale przez jakiś czas nie chciałam w ogóle słyszeć o soczewicy. Chyba za dużo się nasłuchałam opowieści innych i stwierdziłam, że skoro innym nie smakuje, mi też nie zasmakuje :D Moje myślenie takie fajne :D W jakim ja byłam błędzie, to wiem tylko ja i mój brzuchol!
Teraz nadrabiam. W sumie już nadrobiłam zaległości z nawiązką, ale przecież nie zaszkodzi zjeść jeszcze trochę dobrych rzeczy, co nie? ;)  No właśnie! Wiem, że mam rację ;)


Czyli, co... pi razy oko, czy jak to nazywają, spisuję składniki i jedziemy z tym koksem a raczej zupą ;)

Potrzebujemy:

średnia cebula
3 ząbki czosnku
4 łyżki oliwy z oliwek
3 łyżki czerwonej soczewicy
puszka krojonych pomidorów
1 litr bulionu
papryka
sól
pieprz
ulubione zioła
szczypta chilli
szczypta słodkiej wędzonej papryki
natka pietruszki
garść startego sera



No to uwaga! Robimy!
Cebulę obieramy i kroimy w małą kostkę. Rozgrzewamy patelnię z oliwą z oliwek. Wrzucamy cebulę, wyciśnięty czosnek i podsmażamy tak długo aż cebula nieco się zeszkli. Dodajemy caaaałą puszkę pomidorów i 3 lyżki soczewicy. Dokładnie mieszamy i wymieniamy patelnię na głeboki garnek. Będzie o niebo lepiej, jeśli chodzi o mieszanie! Stopniowo dodajemy bulion. Nie wpadaj na pomysł, by od razu dodawać całość. Spokojnie, mamy czas. Dziecko nie płacze, mąż nie jest zły, a my mamy czasu a czasu w zapasie ;)


W międzyczasie kroimy paprykę w kostkę jaką chcemy. Ja pokroiłam w małą, bo taką miałam ochotę ;) O! Teraz jest moment, by doprawić do smaku. Tak tak, robimy to dla naszych kubków smakowych, by były zadowolone! Na 10 minut przed zestawieniem z kuchenki, dodajemy paprykę. Możemy również do garnka dodać małą garstkę natki pietruszki. Jednak to nie zwalnia nas z dodania jej przed konsumpcją :D
Fajnie będzie, jeśli łącznie będziemy gotować naszą zupę pomiędzy 30 a 40 minut. Nalewając na talerz, posypujemy startym serem i artystycznie rzucamy natkę pietruszki! ;) Tadam! Teraz zupa czeka aż ją zjemy ze smakiem! ;) 


Smacznego!


poniedziałek, 23 lutego 2015

Drukarnia Skład Wina & Chleba.

Mamy w Poznaniu całkiem smaczny, nowy adres. Podgórna 6. Drukarnia Skład Wina & Chleba. Powiadam Wam, śmiało kierujcie tam swoje kroki! ;)


Jakiś czas temu przechodząc obok, zastanawiałam się, co może powstać w miejscu, gdzie wcześniej była (chyba?!) hinduska restauracja. No i wszystko rozwiązało się jakieś 2 tygodnie temu! 
Od momentu, gdy pojawiła się nazwa nad ogromnymi oknami, przebierałam nogami na samą myśl o tym miejscu! Wcześniej miałam okazję skorzystać z łódzkiego odpowiednika i... jakoś nie było ochów i achów. W Poznaniu zostałam zaskoczona. Miło zaskoczona! :)



Chociaż nie powiem, było widać, że załoga kelnerska (przynajmniej ta ładniejsza część) jest nieco zestresowana ;) No ale żadnego włosa nie znalazłam, nikt się nie potknął, nie pomylił zamówienia, czyli uznaję, że kelnerka niepotrzebnie się stresowała ;) Jeśli to przeczytasz, uśmiechnij się i oby tak dalej! ;) Chyba nie powinnam pisać "połamania nóg", bo to źle brzmi :D



No dobra, teraz jedzenie...
Zupa z soczewicy, papryki i pomidorów była... tak obłędnie dobra, że dzisiaj postanowiłam zrobić ją na Maleństwowej Wildzie! ;) To chyba dobra rekomendacja, co? 
Btw pozdrowienia dla Mateusza ;) Bo to jego sprawka, że zupa taka mega! ;)
Kuleczki z kaszy jaglanej... danie wegańskie. Albo się je lubi, albo też nie. Kasza jaglana to nie moja miłość od żadnego wejrzenia, ale danie zjadliwe. 
Miejsce do polecenia na lunch! Codziennie serwują coś innego i to w rozsądnej cenie, jeśli chodzi o centrum. Czyli kolejny plus ;)



Po wpisach na Instagramie moich znajomych, zaczęłam się obawiać, że restauracja faktycznie może się nie obronić bez łódzkiego OFFa, jednak dają radę! Na duży plus! Plusy, plusy, plusy! ;) Wszędzie plusy!
A wystrój? Surowo, biało, drewniano. No i te wielkie okna! Oczy są nacieszone ;)
Wpadnijcie sami, bo warto ;) Maleństwo teraz z ręką na sercu (chociaż w kwestii smakowej powinnam mówić, że z ręką na brzuchu) może ochoczo zapraszać na jedzenie do Drukarni ;)  



A tutaj Szwałek i prawie selfie ;)

środa, 18 lutego 2015

Cebulowa na lekkim rauszu.

Zupa cebulowa. Jadłam nieraz i nieraz sobie obiecywałam, że w końcu ją sama zrobię. Dajcie mi chwilę... to było daaawno, ale to bardzo daaawno temu ;) Czyli nieprawda :D
No ale w końcu Paulina przyjechała na Maleństową Wildę i miałam motywację, by sprostać zadaniu ;) Można powiedzieć, że sama Paula maczała palce w pichceniu a Wy o tym nie wiecie ;) Ha! Taki sekret udało mi się przed Wami zachować! Przynajmniej raz i widziecie jak to się skończyło :D Wygadałam się! A raczej wypisałam ;)
W ogóle nie sądziłam, że znowu przeżyję miłość do zup. Jako mały Aśkos mogłam jeść zupy siedem razy w tygodniu, teraz... raczej ich unikam. Jednak zaczęłam się przełamywać i oto przed Wami przepis na cebulową! ;)


Potrzebujemy (na 2 porcje):

4 średnie cebule
2 ząbki czosnku
50 g masła
3/4 szklanki cydru
4 łyżki mąki (na wstępie wsypałam 3 łyżki i sprawdzałam gęstość)
szklanka mleka
1,5 szklanku bulionu 
żółtko
3 łyżku jogurtu greckiego
2 kromki pieczywa
natka pietruszki
garść startego sera

No to jedziemy z tym koksem! ;) 
W garnku rozpuszczamy masło (uznałam, że najlepiej od razu wszystko robić w głębokim garnku - ułatwi to płynność czynności).
Cebulę obieramy i kroimy w plasterki (cienki, grube, proste, krzywe). Wrzucamy na rozgrzane masło. Dodajemy posiekany czosnek i dusimy wszystko razem, do momentu aż cebula zmięknie. Należy bardzo, a to bardzo pilnować garnka, bo cebula pod żadnym pozorem nie może nam się przypalić! Zrozumiano?! To dobrze ;)) 
Teraz jest czas, by dodać cydr. Ale proszę wlać odmierzoną ilość do garnka, nie do gardła ;) Reszta butelki może wylądować w przełyku ;) Tak jak u Maleństwa! No ale, co złego to nie ja! Gdy cydr całkowicie odparuje, dodajemy łyżkę mąki i energicznie mieszamy. Dolewamy porcję mleka i bulionu. Dokładnie mieszamy. W międzyczasie możemy dodać resztę mąki patrząc na konsystencję zupy, by określić w jakim momencie powiedzieć STOP. Doprowadzamy do wrzenia. Miksujemy. Doprawiamy solą i pieprzem. Na samym finiszu, dodajemy żółtko i jogurt grecki. Mieszamy i jeszcze raz blendujemy.
Nalewamy do miseczek, posypujemy startym serem i szczyptą natki pietruszki. Podajemy naszą cebulową na lekkim rauszu z grzankami prosto z piekarnika albo z patelni, jak kto lubi ;)

Smacznego! ;)

poniedziałek, 16 lutego 2015

Raz, dwa, trzy... kanapkę robisz Ty! ;)

Kanapki na śniadanie. Kanapki w ciągu dnia. Kanapki na kolację. Kanapki po nocnym powrocie do mieszkania. Blablabla...
Można uznać, że towarzyszą one nam od zawsze i... na zawsze. Serek, wędliny, pomidory, jarmuż... wariację smakowe można wymieniać bez końca! Bo ile ludzi, tyle kanapek. Coś w tym jest. 
Doszłam do wniosku, że zamiast mojego ulubionego zestawu: pieczywo, masło, coś zielonego, kapary, wędlina, ser, pomidory i bach - wszystko na kanapkę, zrobię coś innego. Ale równie smacznego. Chyba ;) No ale jak już wiecie, zawsze używam tryby przypuszczającego a wychodzi znośnie pod względem smakowym ;)


Czyli, co... wypisuję składniki i szybki misz masz, jak to zrobić ;)

Potrzebujemy:

4 kromki pieczywa
garść jarmużu (duuużą garść jarmużu)
2 plasterki ulubionej wędliny
2 plasterki ulubionego żółtego sera
łyżka majonezu
łyżeczka musztardy
sól i pieprz do smaku
kilka kropli soku z cytryny
masło

Na początku zabieramy się za zrobienie sosu. Czyli... majonez łączymy z musztardą. No i prawie mamy koniec :> Następnie dodajemy sok z cytryny. Kilka kropli, dosłownie! Dorzucamy szczyptę soli i trochę więcej niż szczypta, pieprzu. W sumie, co ja będę Wam mówić jak macie pieprzyć i solić :D ohhh god! Idziemy w złą stronę... :>
Dobra! Teraz bierzemy dolne części naszych kanapek i smarujemy niewielką ilością naszego sosu. Następnie w pełnej spontaniczności, nakładamy kolejno: jarmuż, plasterek sera i szynki. Tak btw w międzyczasie rozgrzewamy do czerwoności patelnie! ;) 
Teraz czas, by zamknąć nasze kanapki górnymi częściami pieczywa! Tadam!
Czas na masło i nóż do smarowania, czyli... smarujemy cienką warstwą mazi, górną część kanapki i właśnie tą stroną nakładamy na gorącą patelnię. W międzyczasie powtarzamy czynność z drugą  częścią pieczywa i wtedy odwracamy. Możemy również na chwilę przykryć patelnię, by nasz ser się stopił ;)


Teraz bziuuum na talerz i nasze kanapki gotowe do spożycia ;) Aż sama zbiorę tyłek i udam się do kuchni, bo brzuchol się odzywa, że jeeeeeeeść ;)


Smacznego! ;)

środa, 11 lutego 2015

Łasuchowe szaleństwo na Kwiatowej ;)

Tadam! Kolejne miejsce mogę spokojnie wykreślić ze swojej listy. Normalnie lecę jak szalona ;) Trochę chyba przesadziłam, bo nie umiem ani szybko biegać (no jedynie, że na tramwaj), ani latać ;) Coś poszło zdecydowanie nie tak... 


No ale my tutaj o Łasuchu! ;) Chwila... musze poszukać portfela i wyciągnąć wizytówkę, którą zwinęłam z lokalu ;) Skoro była ładna, to nie mogłam się oprzeć, by zawędrowała do mojego porfelika ;)


Natalia i Filip. Filip i Natalia. Sądząc po tym, kogo zastałam za ladą, obstawiam, że poznałam Filipa. Jednak na zapleczu było słychać damski głos, który zapewne należał do Natalii ;)


Podczas króciutkiej rozmowy, dowiedziałam się, że Łasuch istnieje od 3 miesięcy. Z zewnątrz wygląda totalnie niepozornie, jednak cały urok kryje się w malutkim wnętrzu. Co prawda, mają mało miejsca, by usiąść na chwilę i rozkoszować się słodkim, które jeszcze przed chwilą wylegiwało się w piecach, które widzimy na samym wejściu ;) 



Możemy wipić kawę, herbatę. Poczytać jakieś czasopismo. Nawdychać tego cudownego zapachu, jakimś jest zapach pieczonych słodkości. 



Nawet gdybym była upierdliwą babą, nie miałabym się do czego przyczepić ;) Tam jest cudownie! Smakowicie (bo przecież to o smak chodzi!) i tak łaaaadnie, że mogłabym tam spędzić całe popołudnie i jeść wszystko, co tylko wyjdzie z rąk Natalii i Filipa ;)
Z czystym sumieniem, powiadam Wam, że kierujcie swoje nogi na Kwiatową 11/1a. Zapamietajcie i... co Wy tu jeszcze robicie? ;)



No! Żeby nie było, że nic nie spróbowałam, a tak zachwalam... zjadłam najpyszniejszego batona musli w moim krótkim życiu! Serio! Zjadłam go szybciej niż zakodowałam w głowie, że zjadłam jego połowę... Jakie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam pusty papierek :( Smutam mocno. Dobrze, że na Kwiatową mam blisko <3


#lowkilowki (Twitter zrozumie ;))

poniedziałek, 9 lutego 2015

Makaron w duecie z pomidorami.

Poniedziałek... czasami wolałabym go przespać, a czasami posiadam tyle energii, że w ogóle nie odczuwam, że to TEN najbardziej znienawidzony dzień w tygodniu. No dobra... ja nie znoszę niedzieli, bo obwieszcza, że weekend się kończy i należy się przygotować emocjonalnie na nowy tydzień.
Dzisiaj mam poniedziałek idealny! ;) Przespana noc bez zbędnych pobudek. No dobra, była jedna ;) Ale tylko po to, by wyłączyć komputer, bo "Easy A" jeszcze w tle. Za dnia okazało się, że zasnęłam już na samym początku! Spokojnie... nadrobiłam przy batonie musli od Filipa i Natalii z ŁASUCH. O raju! Tyle dobroci! Ale o nich będzie później. W sensie w innym wpisie ;)
Przy początku tygodnia zaserwuję Wam 20 minutowy (no może nie tak dosłownie, zegarek oszukiwał ;)) przepis na makaron w sosie pomidorowym ;) Dobrze, że jestem świeżo po obiedzie, bo już bym się śliniła na samą myśl o ponownym jedzeniu! 



Potrzebujemy:

5 ząbków czosnku
kilka kaparów
3 suszone pomidory
puszka pomidorów w puszcze
mała cebula
mięso / mięsopodobne / co kto lubi
kilka pomidorów koktajlowych
starty ser
sól 
pieprz
bazylia (jeśli chcesz)
oliwa z oliwek
ulubiony makaron (ale niech to nie będzie spaghetti, co?)

Zajmujemy się mięsem według swojego uznania, bo nie mam pojęcia na co się zdecydujecie. Szklimy cebulę, którą wcześniej pokroiliśmy w małą kostkę. Dodajemy mięso, które podpiekamy. Następnie "no to hop" przerzucamy zawartość puszki na patelnię, zmniejszamy moc palnika i z zegarkiem w ręku możecie sprawdzać, czy mniej więcej upłynie 20 minut do momentu "wylądowania" obiadu na naszym stole ;) 
Nasz sos, a raczej zarodek naszego sosu, doprawiamy do smaku przyprawami. Maleństwo lubi na ostro, więc dodałam malutką papryczkę chilii, szczyptę soli, duuużo mielonego pieprzu i garść bazylii. 
Teraz zajmujemy się pokrojeniem suszonych pomidorów i kaparów. Wrzucamy jednym ruchem do pomidorowej mazi. 
Gdy woda na makaron zacznie wrzeć, wrzycamy nasze dopełnienie obiadu i gotujemy według instrukcji na opakowaniu (no bo jak inaczej :D). Możemy również zrobić swój makaron, no ale wtedy te 20 minut rozciągną nam się nieco ;) 

Powiadam Wam, że po mniej więcej 15 minutach na patelni, nasz pomidorowy sos powinien mieć konsystencję, która nas zadowoli. No albo to mnie tak łatwo zadowolić... o raju! :D
Makaron odcedzony, sos zrobiony... jeszcze kroimy w czwórki pomidory koktajlowe, ścieramy ser i mamy nasz (prawie) 20 minutowy, poniedziałkowy obiad ;) 
Czyli teraz idę szukac filmu na wieczór (Colin Firth i jego brytyjski akcent polecają się <3) i znikam w kokonie z koców, poduszek i innych ciepłych rzeczy ;)



Miłego!

sobota, 7 lutego 2015

Lars, Lars & Lars.

Dzisiaj nie o gotowaniu i jedzeniu, tylko o samym jedzeniu ;) Spisałam dziesięć miejsc, do których zamierzam kierować swoje kroki w najbliższym czasie i... odhaczam dumnie pierwsze miejsce ;)
LARS, LARS & LARS - poszło na pierwszy ogień!


Na samym wejściu mają ode mnie milion punktów za wystrój (w tym miejscu pełno serduszek ;)), a magazyn USTA powinien zostać ode mnie uściskany za napisanie o tym ładnym miejscu ;) 
Zaraz rozpłynę się w lukrze, który piszę i zbędny będzie domowy deser. Chociaż nie domowy, bo kupny ;) No ale przecież też się liczy. O!


Wybór jedzenia zawsze jest czymś trudnym w nowym miejscu, bo chce się zjeść coś nadzwyczaj pysznego... No ale jak dokonać dobrego trafienia, gdy jesteśmy pierwszy raz? W tej kwestii, obsługa gra pierwsze skrzypce, bo może szepnąć małe-co-nie-co ;) Jednak szkoda, że "nasz" kelner nie okazał tyle entuzjazmu, co jego koleżanka, która ochoczo podpowiadała gościom obok, co warto zamówić na swój "pierwszy raz" w Lars, Lars & Lars... No ale pomijając ten tyci tyci minus, reszta wizyty była całkiem przyjemna.
Długie oczekiwanie wybaczam, bo stek z łososia był przepyszny! ;)
Teraz poszukam na stronie Lars, Lars & Lars, co dokładnie zjadłam i zaraz się pochwalę ;) 



Dobra, moje cacko na talerzu to... ekhm stek z łososia z puree z selera i sosem jeżynowym! Aaaaa patrząc ponownie na zdjęcia, znowu zaczynam być głodna! Gdzie moja kawa?! Dobra, jest... uspokoiłam się ;)
No ale trochę powagi... udaję, że wcale się nie szczerzę do zdjęć ;) Ani trochę!
Z ręką na brzusiu mogę polecić Lars, Lars & Lars. Za wystrój, za jedzenie, za miejsce, w którym się znajduję. 
Ciekawa tylko jestem, jak prezentuje się pod osłoną wieczorowej pory... neon znajdujący się w środku, totalnie skradł mi serce ;) No bo wiadomo, że łosoś skradł wszelkie uczucia mojego brzusia ;) 



Dla przypomnienia, Wojskowa 4! W City Park Residence ;) 

wtorek, 3 lutego 2015

10 miejsc, które zamierzam odwiedzić... w Poznaniu ;)

Kawa? JEST! Internet? JEST! Facebookowa lista nowych polubień Maleństwa? JEST!
Czyli można na spokojnie ogarnąć listę miejsc do których z chęcia wybiorę się w najbliższych tygodniach ;) 
Oh wait! Przeraziła mnie liczba kliknięć "lubię to" w ostatnim miesiącu :o Chyba znalazłam swoje nowe uzależnienie, klikanie w nowe, kulinarne miejsca w Poznaniu ;)

Dobra, kolejność jest przypadkowa (tak tak, kobiety lubują w tym zwrocie ;)). Czyli czas start, czy jakoś tak ;)

10. MODRA KUCHNIA, Mickiewicza 18/2
O sobie piszą, że są miejscem, w którym odnajdziemy kuchnie ludową Polski i Europy. Przechodziłam raz obok nich, jednak to było jeszcze za czasów, gdy wszystko było... wszędzie. Chociaż... już wtedy zainteresował mnie wystrój miejsca, który małymi kroczkami zamieniał się w spójną całość ;)

9. ŁASUCH, Kwiatowa 11/1a
Cukiernia z domowymi wypiekami. Po zdjęciach na ich Facebooku, obstawiam w ciemno, że będzie ślinotok na widok tych wszystkich łakoci ;) Jednak Maleństwo samo się przekona, czy nazwa jest adekwatna do wypieków... ;) Mój brzusio też jest ciekaw, bo zaburczał ;) Skubaniec!

8. RACJA MIĘSA, Szewska 20
Jako zdeklarowana mięsożerczyni, ten punkt gastronomiczny jest takim MUST! Dobra, koniec! Bo nie przeżyję tego postu bez zaglądania do lodówki ;) Zegnam na Was, jakby co ;)

7. WARZYWNIAK, Żydowska 11
Jak sama nazwa wskazuje, warzywa, wszędzie warzywa ;) No ale o co chodzi? ;) Warzywa to też całkiem przyjemny, spożywczy temat. Warzywniak prowadzą dwie siostry, które poprzez swój upór, zrealizowały swoje marzenie ;) Ludzi z pasją należy odwiedząć ;) Powiedziało to Maleństwo! 

Zauroczona łódzkim odpowiednikiem, naszego poznańskiego znajomego, postanawiam w jak nakrótszym czasie, postawić tam swoją stopę... i głodny brzusio ;) Dobrze, że chociaż mam kawę! Wmawiam sobie właśnie, że jest to super, hiper, megapyszna kawa prosto od najlepszego baristy :D Co ja wygaduję? :P Dobra! Napisali, że w lutym otwarcie, więc... szczerze swoje piękne zęby :D (<= właśnie tak!).

5. JUICY, Kościuszki 73
W sumie byłam już w tym miejscu, jednak tylko na chwilę. Mają tam batony ZMIANY ZMIANY! Podczas krótkiej rozmowy z właścicielką, obiecałam powrócić pod ten adres, jednak tym razem skosztuję jednego z soków, które mają w swojej ofercie.
Do tej pory kojarzyłam sokomiejsce JUICE DRINKERS, więc zobaczymy, co ma do zaoferowania JUICY ;)

4. MAMASITAS, Taczaka 24
Ile razy już przechodziłam obok tego miejsca, kierując się do mojego ulubionego miejsca z pizzą... i za każdym razem sobie obiecałam, że nastepnym razem wejdę, zamówię i będę szczęśliwym Maleństwem... Obiecanki cacanki. Chyba tym prawdy jest ;) Następnym razem napiszę sobie na dłoni niezmywalnym pisakiem, że MUSZĘ odwiedzić to miejsce :D Może coś poskutkuję...

3. LE TARG BISTO & BAR, Półwiejska 42 (Dziedziniec Sztuki, na przeciwko WERANDA LUNCH &WINE)
Lokal znajduję się w moim ulubionym centrum handlowym w Poznaniu ;) Zawsze z zainteresowaniem spoglądam w jego stronę ;) Ostanio przed restauracją, stacjonuję mały straganik z chlebem, który sami wypiekają! No i do tego znajduję się w takim miejscu, że można bez wyrzutów sumienia obserwować spieszących się ludzi ;) 

2. LARS, LARS & LARS, Wojskowa 4
Pierwszy raz czytałam o nich w gazecie kulinarnej i od tej pory marzę, by tam się pojawić! Tylko patrząc na lokalizację, nigdy mi nie jest po drodze... Szkoda noooo! Jednak z racji, że pojawiło się na liście, teraz mam motywację (?!), by w końcu wyruszyć w tamtym kierunku ;)

1. NIFTY NO.20, Żydowska 20
O tym miejscu powiem tylko tyle, że nałogowo ślinię się do instagramowego profilu ;)



Mniej więcej tak teraz wyglądam po napisaniu tylu słów o jedzeniu :D


PeeS. Niebawem zrobię maleństwową warszawską listę ;) Kliknięcia się zgadzają!

środa, 28 stycznia 2015

Domowy makaron z oliwą, czosnkiem i natką pietruszki.

Miał być krem ale nie ma :D Zjedzony. Nie no żartuję ;) Czeka na swoją kolej. Musi nabrać praw urzędowych, czy jak to się tam mówi. Z faktu, że Maleństwo bezrobotne, tylko zajmuję się TASTY, ma tyyyle czasu wolnego, że nadrabia zaległości filmowe. Łatwo się domyśleć, że te zaległości filmowe dotyczą raczej sfery kulinarnej ;) Jejuuu, gdzie moje jedzenie?!? Znowu głodna się zrobiłam!
Dzisiaj głównym podejrzanym jest CHEF i makaron z czosnkiem. Z duuuużą ilością czosnku ;) Teraz już żadnej randki nie przewiduję, chyba że sama ze sobą ;) I z winem ;)




Potrzebujemy:

Na makaron:

1,5 szklanki mąku krupczatki
1 żółtko (białko przyda się do bezy)
1 szklanka przegotowanej, letniej wody
szczypta soli
najzwyklejsza mąka do podsypania



Krupczatkę, żółtko i trochę wody łączymy ze sobą. Pod żadnym pozorem nie dodajemy całej wody! NOPE! Dodajemy szczyptę soli. Gdy uznamy, że ciasto jest zbyt zwarte, dodajemy wodę i dosypujemy mąkę do momentu aż ciasto nie będzie przywierało nam do dłoni i będzie przyjemną kulą. Hmm czy ciasto może być przyjemną kulą? Wyobraźcie sobie i działajcie ;)
Zaznaczam, że pierwszy raz robiłam domowy makaron ;) WYSZEDŁ!
Następnie ciasto odkładamy na 10 minut, by odpoczęło od naszych dziwacznych czynności i później cienko rozwałkujemy. Kroimy na około 15 cm paski, które zwijamy (spokojnie, zaraz będzie jakieś zdjęcie) i kroimy na tak grube paski, na jakie chcemy ;)
Gotujemy przez 3/4 minuty. Sami musimy określić, czy makaron jest już gotowy do wyciągnięcia. Pamiętajcie, że ciut dojdzie na patelni, gdy będziemy chwilę łączyć go z naszym sosem. Sosem? Raczej mazią oleistą ;)




Oleista część:

8 łyżek oliwy z oliwek
5 bardzo dużych ząbków czosnku
4 brukselki
natka pietruszki
parmezan



Czosnek obieramy i kroimy w cienkie paski. Oliwę z oliwek rozgrzewamy chwilę na patelni i wrzucamy czoch. Niech chwilę się podsmaży w samotności. Następnie dodajemy pokrojoną brukselką. Wszystko razem smażymy. W międzyczasie dodajemy sól, pieprz, chilii i jakąkolwiek przyprawę jaką lubimy. Na końcu dodajemy połowę posiekanej natki pietruszki. Teraz jest ten czas, by dodać ugotowany makaron i wszystko razem połączyć na ogniu przez mniej więcej minutę. Następnie nasz obiad ląduje na talerzu ;) Posypujemy resztą natki i startym parmezanem. Proste, co nie? ;) Teraz włączmy dalej "Chef'a" i spokojnie możemy oglądać dalej ;)



Smacznego! ;)

PeeS. Zdjęcia telefon, więc są jakie są :D ale jak to mówią, liczy się smak! ;)

piątek, 16 stycznia 2015

Pestowy debiut.

Kolejny post. Jeden na tydzień, no nie powiem, mam niezłe tempo ;)
Na urodziny, od twitterowych znajomych dostałam wymarzony blender <3 o raaaaju! Wyobraźcie sobie moje szczęście ;) Nawet teraz, gdy to piszę, uśmiecham się od ucha do ucha! 
Skoro mam blender, to w końću mogę zadebiutować z domowym pesto. Kiedyś zrobię moje ulubione, pietruszkowe, a dzisiaj prezentuję galimatias pestowy ;)


Potrzebujemy:

duuuużą garść roszponki
mały kawałek papryczki chili 
mała cebula
pomidor
czubata łyżka sezamu
3 łyżeczki kaparów
szczypta soli
odrobinę chili w proszku
płaska łyżeczka pieprzu
3 łyżki oliwy z oliwek


Czyli co... sezam prażymy chwilę na patelni. Papryczkę, cebulę i pomidora kroimy w dużą kostkę. Roszponkę wrzucamy do pojemnika, w którym już są pozostałe składniki. Dprzucamy przyprawy. Na samym końcu dodajemy oliwę z oliwek i wszystko razem miksujemy na gładką masę. Jeśli uznamy, że chcemy, by nasze pesto było bardziej oleiste, dodajemy jeszcze łyżkę oliwy z oliwek.
Tadam!






poniedziałek, 5 stycznia 2015

Maleństwowe miejsca ;)

Minęło sporo czasu od ostatnich, maleństwowych wypocin na temat jedzenia! Czas najwyższy coś z tym zrobić... ;) 
Z racji posiadania mnóstwa wolnego czasu, nowego kuchennego przyjaciela w postaci blendera i jednego z wielu postanowień na nowy rok, wracam z motywacją i nowymi pomysłami na Maleństwo bloguje! ;) Wam proponuję trzymać kciuki, bym wytrzymała w postanowieniu więcej niż miesiąc ;)

Na noworoczny powrót wybrałam wytypowanie moich ulubionych miejsc na kulinarnej mapie Poznania z ubiegłego roku. Wczoraj męczyłam się z listą, bo jak mam wybrać tylko kilka, skoro niemalże każdy mój wybór był strzałem w dziesiątkę :P No cóż... najpierw wypisałam na kartce 10 miejsc, jednak nie będę Was tyle zanudzać (chociaż już wstęp zaczyna być za długi :D) i ogarnęłam się do 5 miejsc, do których chętnie wrócę w 2015 roku ;)

Kolejnośc przypadkowa, bo jak dokonać numeracji miejsc, które są naj naj :P Nie da się noooo ;)

1. MIXTURA (Pasaż Apollo)
Ile razy słyszałam, że kuchnia wegańska i wegetariańska jest nudna dla kogoś, kto lubuje się w mięsie...  Oj jak bardzo się takie osoby mylą ;) To właśnie w Mixturze miałam do czynienia po raz pierwszy z burgerem bez mięsa, za to z przepysznym kotletem z bakłażana ;) Można? Można!
Śmiem twierdzić, że zakochałam się w tym miejscu nie tylko od pierwszego kęsa, ale również od pierwszego spojrzenia - tak jest tam ślicznie ;) 



2. MOLOKO SHAKE (Rybaki 12)
Shake? Kieruj swoje kroki na Rybaki. Nic Ci nie mówi ta ulica? Znajdź Manekina i wieczną kolejkę a znajdziesz Moloko Shake ;) W ubiegłe lato wybrałam się tam kilkanaście razy i poza zmrożonym mózgiem, więcej grzechów shake'owego raju nie pamiętam ;) Jak to mówią, dobre miejsca nie potrzebują reklamy i tyle ;))


3. YEŻYCE KUCHNIA (Szamarzewskiego 17)
Ktoś plotkował, że na Jeżycach nic fajnego nie powstanie, no i co? Powstała najlepsza lodziarnia w Poznaniu i miejsce, które deklasuje moje niedzielne obiady ;) Dosłownie! Właśnie próbuję sobie przypomnieć coś niemiłego z YK i... nie ma czegoś takiego jak "coś niemiłego z YK" :D Na samą myśl zrobiłam się głodna :P W ogóle na Szamarzewskiego miałam pierwszy raz do czyniania z kaszą pęczak i zakochałam się w niej na zawsze. Bo akurat kasza nie ma nic do gadania w naszym związku ;) Wybierz się na weekendowy obiad! Wyjdziesz najedzony i szczęśliwy ;)




4. BIGFOOT COFFEE SHOP (Pasaż Apollo)
Cześć, jestem Asia i jestem uzależniona od kawy ;) To jest odpowiedni wstęp do tego miejsca ;) 
Mikroskopijną kawiarnię z duszą prowadzi Amerykanin, który nie tylko zajmuję się parzeniem kawy ale również fotografią (Erik Witsone) ;) I trzeba przyznać, że na tych rzeczach zna się bardzo dobrze! Jeśli dobrze pamiętam, zabrałam tam swoją Justyn, która nie pija kawy, więc dostała coś kawopodobnego i została oczarowana ;) Polecam wybranie się do BCS latem, gdy można wylegiwać się przed kawiarnią ;)


5. PIECE OF CAKE (Żydowska 29)
Tak jak w przypadku Mixtury, miłośnicy mięsa muszą się wstrzymać ze swoim apetytem i zasmakować w totalnie innym niebie kulinarnym. Kawiarnie prowadzi dwójka ludzi, którzy zaczynając od sosów, kończąc na pieczywie, robię wszystko sami. Ich słodkie to niebo w gębie! O kanapkach nie wspomnę, bo zaraz zacznę gryźć swój język :D
Mam nawet swoją Paulinę, która chętnie wybiera się ze mnie do PoC na wegańskie kanapki ;)


Tyle od Maleństwa ;) Na rok 2015 już się tworzy lista... wkrótce nowe miejsca ;)