czwartek, 19 marca 2015

Pan Pietruszka i Pan Orkisz.

Zwariowałam! Serio. Znowu coś zielonego na Maleństwowej Wildzie ;)
Dzisiaj swój debiut zalicza pietruszkowe pesto. W sensie na blogu! 
Wspominam o nim często na Facebooku i na Instagramie, więc pora o tym napisać a nie tylko zdjęcia i zdjęcia ;)
Czyli co, zabieramy się za obiad?! ;)


Potrzebujemy:

pęczek natki pietruszki
łyżka łuskanego słonecznika
1/2 małej papryczki chilli
łyżka starego sera
2 ząbki czosnku
7 łyżek oliwy z oliwek 
płaska łyżeczka cukru
sól
pieprz
porcję makaronu orkiszowego (kupiłam tutaj)



Najprościej na świecie, powielamy czynności z jarmużowego przepisu... czyli:
natkę pietruszki płuczemy, osuszamy papierowym ręcznikiem i wrzucamy do blendowania. Bach! Słonecznik chwilę prażymy na rozgrzanej patelni, by później dodać go do zielonej naci. Czosnek obieramy, kroimy na mniejsze cześci. Papryczkę wrzucamy "ot tak". Najlepiej pokroić ją drobniej nożyczkami... wolę robić to tak, bo mam tendencję do wkładania paluchów do oka i później masz babo placek -_- ała! Dobra, teraz czas na starty ser i oliwę z oliwek. Noooo! Rzecz jasna na samiutkim końcu przyprawiamy i dodajemy sok z cytryny! Takie ważne a jeszcze bym zapomniała :( Starośc i skleroza. Tyle zła!
Teraz ten przyjemny czas, bo blendujemy do uzyskania prawidłowej konsystencji ;)
Gotujemy makaron al dente, łączymy z pesto. Posypujemy serem, natką pietruszki i... obiad gotowy ;)
Kolejny zielony dzień zaliczony! :)




Miłego! :)

środa, 18 marca 2015

Zielone poranki.

Wymyśliłam sobie nowe postanowienie, które wypełniam od wczoraj :D Wiem, wiem... to bardzo długo, ale dobrze wróży ;) Mianowicie, planuję codziennie rano rozpoczynac dzień od zdrowego koktajlu. Wiem, że później zapiję to kawą, ale chociaż wstęp do całęgo dnia będzie na plus!
W ogóle ogarnęłam, że w tym tygodniu nakręciłam się na zielone posiłki. Czyli idąc dalej tym tropem, spodziewajcie się na dniach przepisu na pesto pietruszkowe! ;) Własnie patrzę na pusty talerz :( Był tam dopiero co, makaron orkiszowy z zielonym pesto. Było było i się zmyło... 
Dobra! Teraz czas na usmiech na twarzy a nie smutki, bo one sa bez sensu! Rzekłam ja! O! :D


Potrzebujemy na raz:

banan
ulubione jabłko
garść jarmużu
kilka łodyżek natki pietruszki
3 daktyle (opcjonalnie można zamienić z łyżką miodu)
łyżeczka soku z cytryny
mleko (w zależności, czy chcecie bardziej lub mniej gęstą papkę)



Daktyle uprzednio moczymy w wodzie (niech popluskają się tak do 30 minut, dobrze im to zrobi). Z jarmużu wycinamy łodygę, która nie należy do najsmaczniejszych. Jabłko i banan zostaje pokrojone nieco drobniej, bo przecież wiadomo, że łatwiej będzie nam blendować ;) Pietruszkę siekamy. Wszystko wrzucamy do pojemnika, zalewamy mlekiem, dodajemy sok z cytryny i... bziuuuum! 


Teraz przelawamy w bardziej wygodniejszy pojemnik pitny, szukamy słomki i... chlup w ten dziób ;)



Na zdrowie! ;)


poniedziałek, 16 marca 2015

Jarmużowelove.

Jarmuż. Wzbraniałam się od niego bardzo długo. Pogardliwie spoglądałam na niego w dyskontach spożywczych, do pewnego momentu... Musiałam wybrać się do Łodzi i dać się karmić takiej jednej ;) Po powrocie do Poznania, kupiłam po raz pierwszy, z własnej nieprzymuszonej woli JARMUŻ! No i tak mam do dzisiaj, czyli... niech spojrzę w kalendarz... od czterech miesięcy ;) 
Były już kanapki z jarmużem, teraz czas na pesto, które jest ostatnio moim faworytem, jeśli chodzi o dodatek do makaronu. W sumie pesto można zrobić ze wszystkiego, ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. Tak jest! ;) 
Jakiś czas temu próbowałam odtworzyć smak pietruszkowego, który znalazłam w CudMiódBox, ale o tym w innym wpisie ;) Dzisiaj króluje inny zielony ;)



Potrzebujemy:

sporą garść jarmużu (no dobra, dwie garście)
łyżka łuskanego słonecznika
3-4 łyżki oliwy z oliwek (zawsze dodaje jeszcze jedną łyżkę podczas blendowania)
szczypta chilli
ząbek czosnku
sól
pieprz

Jarmuż płuczemy, osuszamy i kroimy w mniejsze paski. Później wrzucamy do blendera. Słonecznik uprzednio chwilę prażymy na patelni. W międzyczasie obieramy i kroimy czosnek. No i teraz możemy do jarmużu dodać wszystkie, ale to wszystkie składniki. Ostrożnie z chilli :D Zawsze dodam jej za dużo a później zionę ogniem! #potwierdzoneinfo
Włączamy nasz diabelski wynalazek i blendujemy do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Później wystarczy przełożyć do słoiczka i wykorzystać podczas obiadu ;)
Tyle roboty! Więcej jej będzieci mieli, myjąc naczynia -_- Tak tak, zgadliście, KOCHAM zmywać naczynia ;)

Miłego!

czwartek, 5 marca 2015

Pierwsze, w maleństwowej "karierze" podsumowanie miesiąca ;)

Wiem, wiem, że już piąty dzień nowego miesiąca, ale jakoś nie miałam dłuuuższej chwili, by nakreślić kilka/kilkanaście słów (niepotrzebne skreślić ;)). Teraz się lenię z winem i Wami ;) Ewentualnie taki wieczór mi się podoba! No dobra, nie pogardziłabym jakimś przystojniakiem, który zmywałby naczynia, bo właśnie zerkam w stronę kuchni i widzę te naczynia nazbierane podczas robienia obiadu :( Niebawem znowu będę głodna a naczynia dalej brudne... Bez sensu. 
No ale mniejsza z tym! Postanowiłam opublikować podsumowanie lutego. Naaaajdłuższego miesiąca w roku ;) Suchar to mi się udał :D W najmniejszym skrócie świata, wyglądał on tak...







Jak widać na załączonych obrazkach, luty to jedzenie, Mama Iza, kawa, selfie i Keris ;) Zobaczymy za 26 dni, jak minie marzec ;)

środa, 25 lutego 2015

Zupa z soczewicą, pomidorami i papryką.

Do czego to doszło, że znowu zupa na maleństwowym blogu?! Wszystkiemu winna wizyta w Drukarni! Serio! No ale o niej już było, teraz (jak zwykle) o mnie ;) I czasami o gotowaniu. Czaaasami ;)
Soczewica, pomidory, papryka. Składniki, które z reguły każdy lubi. Chociaż nie powiem, ale przez jakiś czas nie chciałam w ogóle słyszeć o soczewicy. Chyba za dużo się nasłuchałam opowieści innych i stwierdziłam, że skoro innym nie smakuje, mi też nie zasmakuje :D Moje myślenie takie fajne :D W jakim ja byłam błędzie, to wiem tylko ja i mój brzuchol!
Teraz nadrabiam. W sumie już nadrobiłam zaległości z nawiązką, ale przecież nie zaszkodzi zjeść jeszcze trochę dobrych rzeczy, co nie? ;)  No właśnie! Wiem, że mam rację ;)


Czyli, co... pi razy oko, czy jak to nazywają, spisuję składniki i jedziemy z tym koksem a raczej zupą ;)

Potrzebujemy:

średnia cebula
3 ząbki czosnku
4 łyżki oliwy z oliwek
3 łyżki czerwonej soczewicy
puszka krojonych pomidorów
1 litr bulionu
papryka
sól
pieprz
ulubione zioła
szczypta chilli
szczypta słodkiej wędzonej papryki
natka pietruszki
garść startego sera



No to uwaga! Robimy!
Cebulę obieramy i kroimy w małą kostkę. Rozgrzewamy patelnię z oliwą z oliwek. Wrzucamy cebulę, wyciśnięty czosnek i podsmażamy tak długo aż cebula nieco się zeszkli. Dodajemy caaaałą puszkę pomidorów i 3 lyżki soczewicy. Dokładnie mieszamy i wymieniamy patelnię na głeboki garnek. Będzie o niebo lepiej, jeśli chodzi o mieszanie! Stopniowo dodajemy bulion. Nie wpadaj na pomysł, by od razu dodawać całość. Spokojnie, mamy czas. Dziecko nie płacze, mąż nie jest zły, a my mamy czasu a czasu w zapasie ;)


W międzyczasie kroimy paprykę w kostkę jaką chcemy. Ja pokroiłam w małą, bo taką miałam ochotę ;) O! Teraz jest moment, by doprawić do smaku. Tak tak, robimy to dla naszych kubków smakowych, by były zadowolone! Na 10 minut przed zestawieniem z kuchenki, dodajemy paprykę. Możemy również do garnka dodać małą garstkę natki pietruszki. Jednak to nie zwalnia nas z dodania jej przed konsumpcją :D
Fajnie będzie, jeśli łącznie będziemy gotować naszą zupę pomiędzy 30 a 40 minut. Nalewając na talerz, posypujemy startym serem i artystycznie rzucamy natkę pietruszki! ;) Tadam! Teraz zupa czeka aż ją zjemy ze smakiem! ;) 


Smacznego!


poniedziałek, 23 lutego 2015

Drukarnia Skład Wina & Chleba.

Mamy w Poznaniu całkiem smaczny, nowy adres. Podgórna 6. Drukarnia Skład Wina & Chleba. Powiadam Wam, śmiało kierujcie tam swoje kroki! ;)


Jakiś czas temu przechodząc obok, zastanawiałam się, co może powstać w miejscu, gdzie wcześniej była (chyba?!) hinduska restauracja. No i wszystko rozwiązało się jakieś 2 tygodnie temu! 
Od momentu, gdy pojawiła się nazwa nad ogromnymi oknami, przebierałam nogami na samą myśl o tym miejscu! Wcześniej miałam okazję skorzystać z łódzkiego odpowiednika i... jakoś nie było ochów i achów. W Poznaniu zostałam zaskoczona. Miło zaskoczona! :)



Chociaż nie powiem, było widać, że załoga kelnerska (przynajmniej ta ładniejsza część) jest nieco zestresowana ;) No ale żadnego włosa nie znalazłam, nikt się nie potknął, nie pomylił zamówienia, czyli uznaję, że kelnerka niepotrzebnie się stresowała ;) Jeśli to przeczytasz, uśmiechnij się i oby tak dalej! ;) Chyba nie powinnam pisać "połamania nóg", bo to źle brzmi :D



No dobra, teraz jedzenie...
Zupa z soczewicy, papryki i pomidorów była... tak obłędnie dobra, że dzisiaj postanowiłam zrobić ją na Maleństwowej Wildzie! ;) To chyba dobra rekomendacja, co? 
Btw pozdrowienia dla Mateusza ;) Bo to jego sprawka, że zupa taka mega! ;)
Kuleczki z kaszy jaglanej... danie wegańskie. Albo się je lubi, albo też nie. Kasza jaglana to nie moja miłość od żadnego wejrzenia, ale danie zjadliwe. 
Miejsce do polecenia na lunch! Codziennie serwują coś innego i to w rozsądnej cenie, jeśli chodzi o centrum. Czyli kolejny plus ;)



Po wpisach na Instagramie moich znajomych, zaczęłam się obawiać, że restauracja faktycznie może się nie obronić bez łódzkiego OFFa, jednak dają radę! Na duży plus! Plusy, plusy, plusy! ;) Wszędzie plusy!
A wystrój? Surowo, biało, drewniano. No i te wielkie okna! Oczy są nacieszone ;)
Wpadnijcie sami, bo warto ;) Maleństwo teraz z ręką na sercu (chociaż w kwestii smakowej powinnam mówić, że z ręką na brzuchu) może ochoczo zapraszać na jedzenie do Drukarni ;)  



A tutaj Szwałek i prawie selfie ;)

środa, 18 lutego 2015

Cebulowa na lekkim rauszu.

Zupa cebulowa. Jadłam nieraz i nieraz sobie obiecywałam, że w końcu ją sama zrobię. Dajcie mi chwilę... to było daaawno, ale to bardzo daaawno temu ;) Czyli nieprawda :D
No ale w końcu Paulina przyjechała na Maleństową Wildę i miałam motywację, by sprostać zadaniu ;) Można powiedzieć, że sama Paula maczała palce w pichceniu a Wy o tym nie wiecie ;) Ha! Taki sekret udało mi się przed Wami zachować! Przynajmniej raz i widziecie jak to się skończyło :D Wygadałam się! A raczej wypisałam ;)
W ogóle nie sądziłam, że znowu przeżyję miłość do zup. Jako mały Aśkos mogłam jeść zupy siedem razy w tygodniu, teraz... raczej ich unikam. Jednak zaczęłam się przełamywać i oto przed Wami przepis na cebulową! ;)


Potrzebujemy (na 2 porcje):

4 średnie cebule
2 ząbki czosnku
50 g masła
3/4 szklanki cydru
4 łyżki mąki (na wstępie wsypałam 3 łyżki i sprawdzałam gęstość)
szklanka mleka
1,5 szklanku bulionu 
żółtko
3 łyżku jogurtu greckiego
2 kromki pieczywa
natka pietruszki
garść startego sera

No to jedziemy z tym koksem! ;) 
W garnku rozpuszczamy masło (uznałam, że najlepiej od razu wszystko robić w głębokim garnku - ułatwi to płynność czynności).
Cebulę obieramy i kroimy w plasterki (cienki, grube, proste, krzywe). Wrzucamy na rozgrzane masło. Dodajemy posiekany czosnek i dusimy wszystko razem, do momentu aż cebula zmięknie. Należy bardzo, a to bardzo pilnować garnka, bo cebula pod żadnym pozorem nie może nam się przypalić! Zrozumiano?! To dobrze ;)) 
Teraz jest czas, by dodać cydr. Ale proszę wlać odmierzoną ilość do garnka, nie do gardła ;) Reszta butelki może wylądować w przełyku ;) Tak jak u Maleństwa! No ale, co złego to nie ja! Gdy cydr całkowicie odparuje, dodajemy łyżkę mąki i energicznie mieszamy. Dolewamy porcję mleka i bulionu. Dokładnie mieszamy. W międzyczasie możemy dodać resztę mąki patrząc na konsystencję zupy, by określić w jakim momencie powiedzieć STOP. Doprowadzamy do wrzenia. Miksujemy. Doprawiamy solą i pieprzem. Na samym finiszu, dodajemy żółtko i jogurt grecki. Mieszamy i jeszcze raz blendujemy.
Nalewamy do miseczek, posypujemy startym serem i szczyptą natki pietruszki. Podajemy naszą cebulową na lekkim rauszu z grzankami prosto z piekarnika albo z patelni, jak kto lubi ;)

Smacznego! ;)

poniedziałek, 16 lutego 2015

Raz, dwa, trzy... kanapkę robisz Ty! ;)

Kanapki na śniadanie. Kanapki w ciągu dnia. Kanapki na kolację. Kanapki po nocnym powrocie do mieszkania. Blablabla...
Można uznać, że towarzyszą one nam od zawsze i... na zawsze. Serek, wędliny, pomidory, jarmuż... wariację smakowe można wymieniać bez końca! Bo ile ludzi, tyle kanapek. Coś w tym jest. 
Doszłam do wniosku, że zamiast mojego ulubionego zestawu: pieczywo, masło, coś zielonego, kapary, wędlina, ser, pomidory i bach - wszystko na kanapkę, zrobię coś innego. Ale równie smacznego. Chyba ;) No ale jak już wiecie, zawsze używam tryby przypuszczającego a wychodzi znośnie pod względem smakowym ;)


Czyli, co... wypisuję składniki i szybki misz masz, jak to zrobić ;)

Potrzebujemy:

4 kromki pieczywa
garść jarmużu (duuużą garść jarmużu)
2 plasterki ulubionej wędliny
2 plasterki ulubionego żółtego sera
łyżka majonezu
łyżeczka musztardy
sól i pieprz do smaku
kilka kropli soku z cytryny
masło

Na początku zabieramy się za zrobienie sosu. Czyli... majonez łączymy z musztardą. No i prawie mamy koniec :> Następnie dodajemy sok z cytryny. Kilka kropli, dosłownie! Dorzucamy szczyptę soli i trochę więcej niż szczypta, pieprzu. W sumie, co ja będę Wam mówić jak macie pieprzyć i solić :D ohhh god! Idziemy w złą stronę... :>
Dobra! Teraz bierzemy dolne części naszych kanapek i smarujemy niewielką ilością naszego sosu. Następnie w pełnej spontaniczności, nakładamy kolejno: jarmuż, plasterek sera i szynki. Tak btw w międzyczasie rozgrzewamy do czerwoności patelnie! ;) 
Teraz czas, by zamknąć nasze kanapki górnymi częściami pieczywa! Tadam!
Czas na masło i nóż do smarowania, czyli... smarujemy cienką warstwą mazi, górną część kanapki i właśnie tą stroną nakładamy na gorącą patelnię. W międzyczasie powtarzamy czynność z drugą  częścią pieczywa i wtedy odwracamy. Możemy również na chwilę przykryć patelnię, by nasz ser się stopił ;)


Teraz bziuuum na talerz i nasze kanapki gotowe do spożycia ;) Aż sama zbiorę tyłek i udam się do kuchni, bo brzuchol się odzywa, że jeeeeeeeść ;)


Smacznego! ;)

środa, 11 lutego 2015

Łasuchowe szaleństwo na Kwiatowej ;)

Tadam! Kolejne miejsce mogę spokojnie wykreślić ze swojej listy. Normalnie lecę jak szalona ;) Trochę chyba przesadziłam, bo nie umiem ani szybko biegać (no jedynie, że na tramwaj), ani latać ;) Coś poszło zdecydowanie nie tak... 


No ale my tutaj o Łasuchu! ;) Chwila... musze poszukać portfela i wyciągnąć wizytówkę, którą zwinęłam z lokalu ;) Skoro była ładna, to nie mogłam się oprzeć, by zawędrowała do mojego porfelika ;)


Natalia i Filip. Filip i Natalia. Sądząc po tym, kogo zastałam za ladą, obstawiam, że poznałam Filipa. Jednak na zapleczu było słychać damski głos, który zapewne należał do Natalii ;)


Podczas króciutkiej rozmowy, dowiedziałam się, że Łasuch istnieje od 3 miesięcy. Z zewnątrz wygląda totalnie niepozornie, jednak cały urok kryje się w malutkim wnętrzu. Co prawda, mają mało miejsca, by usiąść na chwilę i rozkoszować się słodkim, które jeszcze przed chwilą wylegiwało się w piecach, które widzimy na samym wejściu ;) 



Możemy wipić kawę, herbatę. Poczytać jakieś czasopismo. Nawdychać tego cudownego zapachu, jakimś jest zapach pieczonych słodkości. 



Nawet gdybym była upierdliwą babą, nie miałabym się do czego przyczepić ;) Tam jest cudownie! Smakowicie (bo przecież to o smak chodzi!) i tak łaaaadnie, że mogłabym tam spędzić całe popołudnie i jeść wszystko, co tylko wyjdzie z rąk Natalii i Filipa ;)
Z czystym sumieniem, powiadam Wam, że kierujcie swoje nogi na Kwiatową 11/1a. Zapamietajcie i... co Wy tu jeszcze robicie? ;)



No! Żeby nie było, że nic nie spróbowałam, a tak zachwalam... zjadłam najpyszniejszego batona musli w moim krótkim życiu! Serio! Zjadłam go szybciej niż zakodowałam w głowie, że zjadłam jego połowę... Jakie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam pusty papierek :( Smutam mocno. Dobrze, że na Kwiatową mam blisko <3


#lowkilowki (Twitter zrozumie ;))